Ależ tak. Udało się. Co prawda nie zabrakło złowieszczo czarnych chmur na horyzoncie, utrudnień natury logistycznej czy permanentnego niedoczasu. Zaczęliśmy dość późno, choć niezwykle radośnie, na styku “golden hour”. Cała sesja odbyła się w ogródku Diany i Kacpra. Nieśmiało, przy okazji remontu pożyczyłem drabinę. Taka drabina to najlepszy przyjaciel fotografa.






