Robie co w mojej mocy (przerobowej) by nie generować opóźnień w postprodukcji. Na chwile, na moment, odrobina abstrakcji.

Kamash, fotografia reportazowa, fotograf warszawa, plener
Robie co w mojej mocy (przerobowej) by nie generować opóźnień w postprodukcji. Na chwile, na moment, odrobina abstrakcji.

I po walentynkach. Bylo niezwykle romantycznie. Jeżeli prawda jest, iż silnemu mocy przysparza samotność to albo nie jestem samotny albo tym bardziej silny. Zmiana planów. Kupilem bilet do Laos. Opuszczam Wietnam. Przede mną jungla. 75% kraju to pierwotne lasy. Zaczyna się pora letnia. Z dnia na dzień jest coraz cieplej. Chwilami 40 C. W ciągu godziny wypijam pół litra wody. Nigdy przedtem i nigdzie indziej nie widziałem tylu skuterów co w Hue.





Wschodu słońca poszukiwania poranne. Mgła. Zmęczenie. Honey chicken.


Trzy godziny w pociągu. Pierwszy porządny obiad, pierwsze uczucie sytości. Ryżowe pola, przepiękne – nie do opisania. Po kolana w błocie, szczęśliwy jak małe dziecko posadziłem jedno źdźbło
Ciepło, ale wilgotno, pranie nie wysycha, bardziej ocieka. Powoli staje na nogi. Wracają mi siły. Spotkałem Nowozelandczyka i Malezyjkę, przez chwile podróżujemy razem.






Nad ranem obudziło mnie stado mrówek. Spędziliśmy wspólnie upojna noc. Dalej było już tylko śniadanie na które nie zdążyłem i tam sama ulica dla której jestem jedynie żyłą złota. Sa lepsze i gorsze miejsca na ziemi, te ciężko jest nawet opisać. Obudziłem się w dzielnicy w której mógłbym śmiało wyć do księżyca. Szukanie pożywienia wśród emaliowanych garnków na chodniku to coś co przekracza tolerancje mojego żołądka
Kiedy człowiek jest głodny nie myśli o niczym innym jak o jedzeniu. Nie próbowałem robić zdjęć. Nie mam na to jeszcze siły.

Insomnia. druga butelka wody. Nie mogę kupić biletu. Co godzinę przesuwają mnie na kolejna waiting list. Trafniej byłoby je nazwać “wish list”. Próbuje zamówić żupę. Zgubiłem butelkę z woda. Wdzieram japonki. Kolejna szansa odlotu o 12:55 (czasu polskiego 6:55) – na prawdę zasypiam już.. marzy mi się łóżko i ta nieszczęsna zupa.. 28h bez snu. Boli mnie kark od patrzenia w samolocie przez okno
Ulica na której znajduje się mój hotel (3:30am) – teraz dla odmiany nie mogę spać:

Bardziej przechowalnia niż lotnisko. Bardziej mroźnie niż ciepło. Aeroflotowy lunch okazał się być zimna przekąską, moskiewskie lotnisko przyczółkiem ala dworzec centralny. No może z ta małą różnicą ze tutaj śpi się bardziej kulturalnie, bo bez butów. Wietnamczycy zdziwieni, myśleli ze lecę tylko do Moskwy. Dopytują czy aby nie zbłądziłem, potem już tylko proponują “opiekę” na miejscu w Hanoi. Babcia klozetowa z rynsztunkiem przysypia na ławce. Musiałem ja obudzić by dotrzeć do jedynego na lotnisku gniazdka.